Cześć wszystkim! Jako że kilka dni temu obchodziłam swoje 26-ste urodziny (jaka ja stara już jest...

Co raz bliżej do 30-stki...

   Cześć wszystkim! Jako że kilka dni temu obchodziłam swoje 26-ste urodziny (jaka ja stara już jestem), dziś przychodzę do Was z postem dotyczącym nowości, które wpadły mi w ręce. Choć nic nie przebije prezentu który dostałam w tamtym roku, ponieważ mój narzeczony sprezentował mi mojego mańka Beboka i jest to najlepszy prezent jakikolwiek dostałam.


   W tym roku nie miałam jakichś ambitnych pomysłów na prezent dla siebie, fakt że jestem wybredna i lubię wiedzieć co dostanę albo przynajmniej to skontrolować. Ponieważ moja rodzina zawsze się mnie pyta co chcę dostać bo sami nigdy nie wiedzą to staram się dobrze podpowiadać. Sierpień jest dla mnie ciężkim miesiącem ponieważ nie tylko ja mam wtedy urodziny, ale dzień przede mną i dzień po mnie urodziny ma moja ciotka oraz moja mama, więc dużo wydaję na prezenty. Oczywiście sama sobie również coś sprawdziłam ale zaraz i o tym. 

   Z wiekiem zmienił mi się gust dotyczący akcesoriów, z wielkich naszyjników i pierścionków powoli rezygnuje, a stawiam na minimalistyczne dodatki. Ostatnio na blogach zauważyłam sklep z biżuterią Sotho i w oko wpadło mi kilka naszyjników. Chciałam coś niespotykanego, ale przy tym prostego i wysłałam link z naszyjnikiem do mojego ukochanego K. I tak trafił do mnie ten oto naszyjnik z kością szczęścia, w wersji klasycznej srebrnej. Pracowałam swoje w sklepie z biżuterią i wiem niestety jak zachowują się rzeczy pozłacane dlatego raczej takich unikam. Jego obecna cena to 69,30 zł.


   Oczywiście żadne moje urodziny nie mogą się obyć bez prezentów kosmetycznych, tym razem również tak było i do mojej "kolekcji" trafiły dwa kremy do twarzy. Z racji tego, że postanowiłam powoli wprowadzać produkty anti-aging do swojej pielęgnacji to od mamy dostałam krem Korres z wyciągiem z dzikiej róży. Ma on za zadanie nawilżać naszą skórę, usuwać przebarwienia oraz niwelować drobne zmarszczki. Jestem niestety średnio zadowolona z kremu na noc Origins, który obecnie używam dlatego mam nadzieję że ten się lepiej sprawdzi. Drugi krem przyjechał do mnie aż z Gliwic, zobaczyłam go na wyprzedaży w Sephorze za 110 zł i nie mogłam go nie wziąć. Mowa o słynnym Dramatically different moisturizing gel od Clinique w pojemności 200ml. Wiele słyszałam o tym produkcie na blogach oraz na yt i wydaję się być idealny na dzień. Kupiłam go z myślą o zimie ponieważ wtedy moja skóra potrzebuje większej dawki nawilżenia, ale w lekkiej postaci i nie wiem czy krem z Origins, GinZing da sobie radę. 

   Ciocia uraczyła mnie zestawem jesienno-zimowych lakierów hybrydowych od NeoNail, oni mają tyle pięknych kolorów że na prawdę ciężko się zdecydować które wybrać. Widziałam również nowości od Semilac i dwa lakiery wpadły mi w oko, ale to na pewno dodam do koszyka przy większym zamówieniu. Kolory na które się zdecydowałam to Neutral, czyli brąz pomieszany z czerwienią, Lush Green, czyli głęboka zieleń, Sea Stone, czyli szarość wymieszana z niebieskim, ostatni lakier to nowość od NeoNail czyli lakier termiczny, zdecydowałam się tutaj na coś prostego czyli Black Russian, szarość która pod wpływem zimna zmienia się w czerń. Na pewno pokażę Wam wszystkie lakiery na blogu. 



Obiecuję że to już ostatnie rzeczy, ale nie mogłam ich pominąć bo oto w końcu doczekałam się pięknego kominka z Yankee Candle oraz kilka nowych wosków do kolekcji. Muszę pryznać, że Ania z bloga Po tej stronie lustra... tak pięknie zachwalała nową kolekcję Yankee Candle że postanowiłam dwa z nich zamówić w ciemno, a mowa o Dreamy Summer Nights oraz Flowers In The Sun. Zamówiłam przy okazji również Lake Sunset oraz Sunset Breeze i rzeczywiście te cztery woski są cudowne i nie mogę się doczekać kiedy je rozpalę.

Ostatnimi rzeczami które mi wpadły to dwie książki, "Dziewczyny z Powstania" Anny Herbich oraz "Przesunąć horyzont" Martyny Wojciechowskiej" a także zegarek, który dotarł w dniu w którym piszę tego posta (stąd inne tło) marki Cluse. Pierwsza książka którą otrzymałam nawiązuje do mojego zainteresowania II Wojną Światową, słyszałam że jest genialna, druga zaś do mojej lekkiej fascynacji Martyną Wojciechowską, którą wręcz uwielbiam i śledzę jej losy już od kilku dobrych lat. Co do zegarka, od lat za mną chodzi jeden model od Michaela Korsa ale przyznaję że po prostu mnie nie stać żeby wydać ponad 1000 zł na zegarek. Chodził mi też po głowie zegarek Daniela Welligtona, lecz ja zdecydowanie wolę stalowe stalowe paski i tak padło na ten oto zegarek Holenderskiej marki Cluse, a model to La Bohème Mesh Gold Black/Black czyli nowość tej marki. Bardzo podoba mi się to, że pasek jest regulowany, ponieważ mam dość wąskie nadgarstki i wszystkie bransoletki i zegarki są dla mnie za duże. Jego cena to 485 zł i swoją sztukę zakupiłam tutaj * klik *, jeśli mieszkacie w Toruniu bądź okolicy to zapraszam. 



   Przyznaję że ten czas tak szybko leci, że zaraz się nie obejrzę, a kolejny rok minie. Nie wiem czy tylko ja tak mam że do 18 roku życia czekałam na każde urodziny, a teraz jest mi to totalnie obojętne. A jak jest u Was z urodzinami? Mam nadzieję że Was nie wynudziłam i jakoś wytrwałyście :).
Pozdrawiam,

   Cześć wszystkim! Ostatnio na blogu trochę sobie ponarzekałam na kilka kosmetyków, dziś czas przed...

3x Tak tak tak...#4

   Cześć wszystkim! Ostatnio na blogu trochę sobie ponarzekałam na kilka kosmetyków, dziś czas przedstawić Wam te które gorąco polecam. Będzie coś do włosów, do ciała i pewien kultowy produkt, który dopiero teraz odkryłam.


Ziaja, Płyn dwufazowy do demakijażu oczu - gdzie ja byłam kiedy ten kosmetyk podbijał internet? Na szczęście się już odnalazłam i moje tusze wodoodporne mogą się bać. Jak wiecie cały czas szukałam kosmetyku, który pomoże mi w zmywaniu tuszów Maybelline czy L'oreal. Ponieważ różowy Garnier do końca sobie z nimi nie radzi, to postanowiłam wypróbować ten płyn. Idealnie zmywa tusz i nie podrażnia oczu. Według producenta nie zostawia tłustej warstwy wokół oczu, małe kłamstewko bo zostawia. Osobiście mi to nie przeszkadza, ponieważ wtedy skóra nie jest mocno wysuszona. Jego cena to coś około 7 zł, więc jeśli macie taki sam problem jak ja to warto wypróbować. 

Planeta Organica, Szampon fiński do włosów osłabionych i wrażliwej skóry głowy - szampon idealny dla tych z Was które myją włosy codziennie, bądź nie mają mocno przetłuszczającej się skóry. Delikatnie oczyszcza skórę głowy, świetnie się pieni, dodatkowo pięknie machnie malinami. Jest to szampon bez SLS'ów, parabenów, na bazie organicznych produktów. Składnikami aktywnymi jest malina moroszka  regenerująca strukturę włosów i wzmacniająca ich korzenie oraz bylica pospolita która zawiera mnóstwo składników odżywczych. Włosy po jego użyciu są sypkie i nawilżone. Jego cena to ok 12zł za 280ml * klik *.



Organic Shop, Organiczna papaja i cukier - czyli scrub do ciała o pięknym zapachu. Muszę przyznać, że przy zamawianiu nic nie wiedziałam o tej firmie i nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Kosmetyk ten jest w 99,54% naturalny, nie zawiera silikonów, parabenów i SLS'ów. Scrub ma średniej wielkości drobinki, bardzo dobrze ściera martwy naskórek i przy tym nie podrażnia naszej skóry. Ekstrakt z papai zawiera witaminę C, E i antyoksydanty. Dodatkowo w składzie mamy również masło shea które trochę odżywia naszą skórę podczas oczyszczania. Jest to dobry scrub za niewielką cenę, bo kosztuje 10,90 zł na Minti Shop, na prawdę warto wypróbować. Ja mam ochotę wypróbować jeszcze wersję Cocoa & Sugar i Lemongrass & Sugar.

Dajcie znać czy któregoś z tych produktów używałyście? I czy Wy również ubolewacie że to koniec wakacji i zaraz będzie jesień? Ja chce jeszcze trochę lata :).
Pozdrawiam,

   Cześć wszystkim! Dziś postaram się trochę zatrzymać trochę lato na moich paznokciach. Ostatnia ok...

Nails #19...neonowe ombre

   Cześć wszystkim! Dziś postaram się trochę zatrzymać trochę lato na moich paznokciach. Ostatnia okazja jak dla mnie na paznokcie neonowe. Pokażę też moje pierwsze podejście do ombre na paznokciach, muszę przyznać że przejście jest tak delikatne że ciężko je zauważyć na zdjęciach.

 

   Po ostatniej wpadce z lakierami NeoNail, jako bazy używałam Semilaca. Tym razem jednak postanowiłam zaryzykować i dać jeszcze jedną szansę Base Hard z NeoNail. Mam nadzieję, że nie będę musiała ponownie zdrapywać i spiłowywać lakieru z paznokci. Na palcu serdecznym i środkowym postanowiłam wykonać lekkie ombre w poziomie, aby trochę urozmaicić mój manicure. Połączyłam dwa neonowe kolory, Semilac, Neon Raspberry który widzieliście już na blogu * klik * oraz NeoNail, Playa Bonita. Aby połączyć kolory ze sobą, użyłam sondy i delikatnie zmieszałam je ze sobą. Efekt jest delikatny i na pewno spróbuję z innymi kolorami. Zdjęcia jednak nie oddają w 100% efektu. 





Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się uchwycić efekt przejścia kolorów. Dajcie znać jakie kolory lubicie jesienią, w końcu zaraz koniec lata. 
Pozdrawiam,




   Hej wszystkim! Dziś przychodzę do Was ponownie z recenzją i tym razem opowiem Wam trochę o pudrze...

Clarins, Ever Matte...

   Hej wszystkim! Dziś przychodzę do Was ponownie z recenzją i tym razem opowiem Wam trochę o pudrze marki Clarins. Jest to mój pierwszy puder, który zakupiłam w perfumerii. O tym czy się sprawdza i czy zakupię go ponownie możecie się dowiedzieć poniżej. Zapraszam.


Mineralny puder, który zapewnia równomierne, lśniąco-matowe wykończenie, bez niepożądanego błyszczenia. Efekt świeżo nałożonego pudru przez cały dzień. Lekka konsystencja, aksamitna gładkość oraz naturalne nawilżenie. Cera bliska perfekcji: nieskazitelna i matowa.

Puder Tanaka: nieprzerwanie absorbuje nadmiar sebum na powierzchni skóry, przynosi uczucie komfortu i aksamitnej miękkości. Kompleks "Light Optimizing+": natychmiast wyłapuje, rozprasza i potęguje światło. Wyraźnie wygładza drobne linie i niedoskonałości. Cera wygląda gładko i świetliście. Roślinny Micropatch®: utrzymuje skórę odpowiednio nawilżoną, elastyczną i przywraca jej uczucie komfortu. Podwójna ochrona: przeciwko wolnym rodnikom oraz zanieczyszczeniu środowiska.

   Kilka miesięcy temu będąc w Arkadii natrafiłam na promocję w Douglasie na pudry. Wybierając w ciemno postanowiłam przetestować coś od Clarins, ponieważ ich produkty zawsze mi się sprawdzają, a w dodatku mam podkład z tej samej serii. Wybrałam kolor 01 czyli Transparent light i powędrowałam do kasy. Jego stała cena to 155 zł, ja zaś zapłaciłam 124 zł. W perfumerii Douglas dostępne są cztery odcienie, od bardzo jasnego po ciemny * klik *

   W kartoniku, puder znajduje się w welurowej sakiewce, chroni to produkt jak i opakowanie przed uszkodzeniem i ubrudzeniem. Samo opakowanie pudru jest bardzo eleganckie, proste, jedyny minus to że widać każdy odcisk palca. W środku otrzymujemy również puszek do nakładania pudru na twarz, ja ich osobiście nigdy nie używam ponieważ łatwo zbierają bakterie. Sam puder ma delikatne wytłoczenie, przyjemny i typowy dla kosmetyków Clarins zapach. 



   Na stronie producenta widzimy, że produkt skierowany jest do cery tłustej i mieszanej, zaś na stronie Douglas.pl puder polecany jest do cery normalnej. Gdzie leży prawda? Niestety pomimo tego że puder jest z serii Ever Matte to nie polecam go cerom tłustym, ponieważ nie będą z niego zadowolone. Natomiast skóra mieszana jak i normalna będą z niego jak najbardziej zadowolone. Drobno zmielony, delikatny mat, bez efektu maski, tak mogę opisać ten puder. Przypomina mi on bardzo puder Bourjois, Healthy Balance, jednakże ten z Clarins lepiej wtapia się w skórę. Mat na mojej skórze mieszanej utrzymuję się do 5 godzin, niezależnie czy jest to krem BB czy podkład Clarins, Ever Matte. Przy upałach niestety ten czas się skraca, ale to chyba każda z nas przeżywa. 

   Czy kupiła bym go ponownie? Przyznam szczerze, że pomimo iż bardzo lubię markę Clarins to nie. Nie kupiłabym ponieważ podobny efekt mogę uzyskać pudrem od Bourjois, a cena jest o ponad połowę mniejsza. Choć przyznaję że opakowanie cieszy oko i na pewno przykuwa wzrok każdej sroczki. 

Używałyście może tego pudru, bądź możecie polecić jakiś inny? Uważacie że wydawanie warto wydać na puder trochę więcej czy jednak stawiacie na produkty drogeryjne?
Pozdrawiam,


   Cześć wszystkim! W końcu wróciłam z gór gdzie przyznaję mocno się wynudziłam, ponieważ cały czas ...

Pielęgnacja włosów z Joico...

   Cześć wszystkim! W końcu wróciłam z gór gdzie przyznaję mocno się wynudziłam, ponieważ cały czas padało i nie było co robić. Jedyny pozytyw, w końcu się wyspałam i wyleniuchowałam. Dziś mam dla Was recenzję dwóch produktów, które otrzymałam pod koniec czerwca od Joico. Po krótkiej rozmowie z Panią Anią, dobrała ona mi dwa kosmetyki mające pomóc z moimi wiecznie przesuszonymi włosami.


   Firma Joico powstała w Kalifornii w roku 1975, a jej założycielem jest Steve Stefano. Fryzjer z pasją oraz misją stworzenia kosmetyków które nie tylko będą upiększać nasze włosy ale i wzmacniać. Jak widzicie firma całkiem długo znajduje się na rynku lecz dopiero w 1993 kosmetyki tej marki trafiają na rynek europejski. Składy kosmetyków są bogate w cenne składniki, takie jak afrykański olejek Manketti, masło shea czy też azjatycki olejek z magnolii. Joico posiada ogromną gamę kosmetyków od pielęgnacji, aż po koloryzację. Każdy produkt jest skierowany do danego typu włosów, czy też koloru * klik *


   Joico, Co+Wash Moisture - to oczyszczająca odżywka w formie gęstej piany, która silnie nawilża nasze włosy pozostawiając je przy tym miękkie, nawilżone oraz błyszczące. Produkty Co+Wash zawierają technologię Bio-Advanced Peptide Complex™ która zapewnia odbudowę naszych włosów na poziomie molekularnym. Technologia ta naprawia uszkodzenia które już mamy, dodatkowo zapobiega ich dalszemu powstawaniu. Według danych na stronie Joico, ponad 94% kobiet zgodziło się, że ich włosy wyglądały lepiej i stawały się mniej suche w dotyku już po jednokrotnym użyciu. W serii Co+Wash mamy dostępne trzy produkty, każdy z nich skierowany jest do innego typu włosów. Mamy Co+Wash Curl, Co+Wash Colour oraz Co+Wash Moisture. Każdy z nich ma pojemność 245 ml. 

   Przyznaję że tego produktu byłam najbardziej ciekawa, ponieważ nigdy wcześniej nie słyszałam o tego typu rzeczach. Bałam się że pianka nie domyje mi moich włosów i dodatkowo je obciąży przez co będą wyglądać fatalnie, Jednak myliłam się i na prawdę uważam ten produkt za wart polecenia. Według producenta, piankę nakładamy na mokre włosy i trzymamy przez 5 minut aby produkt zadziałał. Po pierwszym myciu zauważyłam że włosy są rzeczywiście oczyszczone, skóra głowy nie była podrażniona, a włosy same w sobie mięsiste, nawilżone i pięknie błyszczały. Zapach przypomina mi męskie produkty do golenia, nie jest męczący i ulatnia się po spłukaniu. Uważam że jest to genialny produkt na krótkie wypady za miasto, jak i w te dni kiedy nie możemy sobie pozwolić na dłuższą pielęgnację włosów. 

   Oczywiście nie może być tak idealnie, moim zdaniem jest to produkt który możemy dołączyć do swojej pielęgnacji, lecz nie zastąpi on nam zwykłego szamponu i odżywki. Gdy używałam go dwa razy pod rząd zauważyłam że niestety włosy są przeciążone, możliwe że lepiej będzie się zachowywać przy cieńszych włosach. Jednak jego działanie jest na prawdę zadowalające i chętnie po niego sięgam. Szybki i skuteczny produkt, czego chcieć więcej?



   Joico, Revitaluxe - kultowa maska która wchodzi w skład serii K-Pak, są to chyba najbardziej znane kosmetyki firmy Joico. Sama pierwszy raz o nich słyszałam na Youtube jakieś 4 lata temu. Seria K-Pak, ma za zadanie poprawić wygląd, jakość i kondycję włosów zniszczonych i osłabionych. Znajdziemy w niej szampony, balsamy, maski ale i mleczko wygładzające, serum czy lakier do włosów. Produkty te zawierają najwyższą koncentrację formuły Bio-Advanced Peptide Complex™, tej samej która znajduję się w produktach Co+Wash. Maska Revitaluxe dodatkowo zawiera nowoczesną technologię Quadramine Complex™, czyli zestaw 19 aminokwasów dobranych tak aby jak najbardziej przypominać naturalną keratynę ludzkich włosów. Różna masa cząsteczek sprawia że mogą one działać nie tylko od zewnątrz włosa, te najmniejsze dostają się również do rdzenia i kory. Dzięki temu wnikają one głęboko i są wstanie odbudować nasze włosy które zostały uszkodzone przez wysokie temperatury czy też zabiegi chemiczne. W składzie znajdziemy też olejek jojoba który nawilża, zmiękcza i nabłyszcza nasze włosy, oraz ekstrakt z aloesu który ułatwia rozczesywanie, zabezpiecza włosy i oczywiście nawilża.

   Maseczka przychodzi do Nas w miękkiej tubce o pojemności 150 ml i niech nie zmyli Was tak mały rozmiar. Produkt jest bardzo wydajny, należy nałożyć niewielką ilość produktu na włosy i odczekać 5 minut. Przy większej ilość produkt przeciąża włosy i niestety wyglądają na lekko tłuste. A jak działa ta niezwykła maska? Muszę przyznać, że moje włosy bardzo polubiły się z nią, choć reagowały różnie. Przy większej ilości zaczęły się mocno kręcić, a przy mniejszej były idealnie gładkie i miękkie w dotyku. Jest to chyba najlepsza maska jakiej do tej pory używałam i chętnie wypróbuję też resztę serii K-Pak. Włosy po niej rzeczywiście są w lepszej kondycji, czuję że są nawilżone i odbudowane. Dla testu złapałam za prostownice i wyprostowałam moje włosy, które szybko się wygładziły, a przy ponownym myciu nie były wysuszone i uszkodzone jak to zazwyczaj ma miejsce. Jeśli tak jak ja macie rozjaśniane włosy to ten produkt na pewno rewelacyjnie się sprawdzi.



   Produkty Joico możecie zakupić w on-line oraz w salonach fryzjerskich. Pamiętajcie, że ceny może nie są niskie, ale są to produkty bardzo wydajne i profesjonalne. Jeśli jesteście ciekawe innych produktów Joico zapraszam Was na bloga Justyny * klik * która również testowała produkty marki Joico oraz na bloga Eweliny * klik *. Dziewczyny świetnie przedstawiają serię Color Balance i Color Infuse. 

A czy Wy może znacie produkty marki Joico? Może polecacie jakieś inne produkty?
Pozdrawiam,